wtorek, 3 marca 2015

To "Coś"

Wczorajszy dzień był długi, męczący, ale też pełen niespodzianek. Ale mniejsza z tym...

Po kolacji nie mogłam wytrzymać, ubrałam się i wyszłam. Tak po prostu. Nie wiedziałam, gdzie pójdę. Ale wiedziałam, że nogi serce zaprowadzi mnie tam, gdzie trzeba.

Błąkałam się. Szłam szlakiem wspomnień. Wszystko mi o Nim przypominało. Kształt drzew, kolory domów. Kostka na chodniku. Szczekanie psa. Aż w końcu spotkałam koleżanki
- Gdzie idziesz
- Szukam czegoś... a wy?
- Już do internatu.
- Nie wiecie jaka to ulica?
- Tam jest tabliczka.
- Gdzie?
- Tam, taka zielona
- No faktycznie, dzięki.

Moje prośby zostały wysłuchane. Ta tabliczka była metaforą mojej drogi. Z daleka zdawać by się mogło bezcelowej i bezsensownej, tak naprawdę byłam bliżej celu niż sądziłam. Na tabliczce pod warstwą farby w sprayu  znajdowała się nazwa ulicy. Tej ulicy, nagle wyrósł przede mną Ten kościół i po drugiej stronie TEN dom. To było bez sensu, poza logiką i rozumem. To działo się wyłącznie w moim sercu. Gorące łzy spływały po moich policzkach, gdy nagle drzwi otworzyły się. Słychać było, że ktoś wsiadł do samochodu. Próbowałam się wycofać, ale było już za późno.To JEGO samochód. Światła skierowane na mnie. Centralnie. Pewnie zobaczył nawet moje łzy. Ale nic nie mówił. Po prostu się zatrzymał i otworzył drzwi. Wsiadłam. Koleżeńska rozmowa. Tyle mi wystarczyło. Tylko tyle Aż tyle chciałam. Dzisiaj widziałam go w szkole. Jest już jedną nogą poza tymi murami. Nie złapię go.Mimo tego mam nadzieję. Wierzę, że jeszcze jest czas. Jeszcze dwa miesiące. Przez ten czas mogę zrobić dużo. Chcę, zobaczyć jego dłonie na klawiszach. Jego skupienie gdy gra. Jego kasztanowy wzrok. Jego minę pełną troski, gdy jestem smutna. Jego twarz. Chcę zachować to wszystko w duszy, w umyśle, we wspomnieniach, w sercu. W sobie.

Nie rozumiem siebie...